Labirynt Putina - Fragmenty - 2

Tak więc wyjechaliśmy z Groznego – Jura, Nana, moja koleżanka po fachu Carlotta Gall, wówczas pracująca dla „Moscow Timesa”, i ja. Kiedy miasto powoli znikało nam z oczu, zachodziłem w głowę, jak wytłumaczę szefom ucieczkę z miejsca ważnych wydarzeń, które aż się prosiły o opisanie. Jechaliśmy na wschód. Po półgodzinie Jura zatrzymał się na stacji paliwowej i dokonał jednego z cudów, z których był sławny. Błyskawicznie zaprzyjaźnił się z innym kierowcą i ten zaprosił nas wszystkich do siebie. Mieszkał w Gudermesie (czeczeńskie Gumse), drugim co do wielkości mieście republiki.

Tam zaczęło mi się przejaśniać w głowie, czemu Jura wpadł w takie przerażenie na wieść o nadejściu Rosjan. Moja edukacja trwała kilka miesięcy.

Do Groznego wróciłem w styczniu, w samą porę, by na własne oczy zobaczyć główną ofensywę Rosjan. Pracowałem wtedy dla „Washington Post” i jego bratniego „Newsweeka”. Przebywając z dala od miejsca wydarzeń, bieżące informacje czerpałem z korespondencji kolegów, Anatola Lievena i Billa Gasperiniego. Teraz Gasperini mógł mi osobiście opowiedzieć o tym, jak pewnego dnia uciekał najpierw pieszo, a potem samochodem, nieustannie ostrzeliwany przez rosyjski śmigłowiec. Był pewien, że pilot wiedział, iż atakuje obcokrajowca. Wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że rosyjscy żołnierze niekoniecznie uważają zachodnich korespondentów za neutralnych obserwatorów.

Jest takie rosyjskie określenie biezpriedieł, z grubsza znaczące tyle co „wszystko uchodzi”*. Idealnie opisuje rosyjski styl kampanii czeczeńskiej. Grozny został oblężony, ponad połowa czterystutysięcznej ludności uciekła i rosyjskie wojsko przystąpiło do nieustannego ostrzału. Pociski ciężkiej artylerii druzgotały kwartał po kwartale, ulicę po ulicy, dom po domu. Dla rosyjskich dowódców i kanonierów nie było sprzymierzeńców, nie było cywilów.

Ulubionym celem były targi uliczne. Po atakach artyleryjskich ludzie zwykle wychylali głowy z kryjówek, szukając zabitych i rannych. Natychmiast następowała druga fala ognia, tym razem ze śmigłowców. W ruch szły bomby kasetowe. Wyrzucane w górę podpociski dekapitowały ofiary. Tak pod koniec grudnia zginęła młoda bostońska fotografka Cynthia Elbaum – pocisk rozerwał jej głowę, gdy wyszła z ostrzelanego domu zrobić zdjęcia rzezi na bazarze.

Z miasta zostały tylko gruzy i szkielety budynków. Grozny przywodził na myśl fotografie z drugiej wojny światowej, masakrę Europy.

Pod koniec stycznia Nana i ja wróciliśmy w tamte okolice i zaczęliśmy odwiedzać sąsiednie wioski i miasteczka. Wojna przeniosła się w miejsca, w których Rosjanie poszerzali front. W docierających do nas opowieściach pojawiły się nowe, wcześniej nieznane elementy. Oleg Orłow, wybitny działacz rosyjskiej grupy praw człowieka Memoriał, dostarczył nagrania wideo i pisemne oświadczenia ludzi, którzy byli torturowani i widzieli morderstwa popełniane przez rosyjskich oficerów i szeregowców. Te świadectwa pochodzi ły zarówno od rdzennych Czeczenów, jak i mających czeczeńskie obywatelstwo Rosjan.

Wybraliśmy się na poszukiwania ofiar tych zbrodni i w pasterskiej osadzie Gojty spotkaliśmy Isana Matajewa, czterdziestoletniego kierowcę ciężarówki. Jego rodzina mieszkała w Gojtach od trzech pokoleń, ale on sam urodził się podczas zsyłki do Kazachstanu, zarządzonej przez Stalina w 1944 roku.

Matajew opisał osiemnaście dni, które spędził w niewoli. Wraz z trzydziestoma innymi cywilami, rdzennymi Czeczenami i Rosjanami z czeczeńskim obywatelstwem, krył się w schronie w Groznym, aż nadeszli rosyjscy żołnierze.

– Dali nam dwie minuty na otwarcie drzwi i zagrozili, że jeśli nie posłuchamy, to nas wykurzą – opowiadał Matajew. – No to otworzyliśmy, a oni wpierw nas obszukali, sprawdzając, czy nie mamy broni... żaden z nas nic nie miał... a potem sami nas zamknęli.

Następnego dnia wszystkim związano ręce za plecami i załadowano ich do zamkniętej ciężarówki. Wartownicy, wielkie chłopy w kominiarkach, kazali im kłaść się rzędem na podłodze,

     (   |   2   |  3  | ... następna strona>>)