Życie w słoiku ...  - Fragmenty - 2

ROZDZIAŁ 2
Zbieranie kamieni
Kansas 1999


Było to we czwartek 23 września (zbieżność dat będzie później nawiedzać cały projekt), że w klasie pojawił się Dzień Historii Narodowej 2000 roku. Pan C. zdawał się patrzeć wprost na Liz, kiedy zagaił: „Tematem na ten rok będą Punkty zwrotne w historii. Nigdy nie wiadomo, do czego to może dojść. – Tu wskazał na Ścianę Zasług. – Uczestniczy w tym pół miliona dziatwy z całego kraju. Tacy jak wy, z naszego małego liceum w Uniontown, zbierali już Nagrody Okręgowe, Stanowe, i nawet Państwowe. – Odczytał na głos kilka nazwisk ze złotym liściem dyplomów szczebla państwowego. – Dzień Historii Narodowej to takie jakby szkolne mistrzostwa w koszykówce, tylko że dla umysłu. Może i wasze nazwiska któregoś dnia znajdą się na tej ścianie.

Wątpliwe, pomyślała Liz, opierając głowę z zamkniętymi oczyma o ścianę za plecami.

Uczniowie podzielili się na nieduże grupki, każda z kartonową teczką Dnia Historii Narodowej. Liz wybrała taką z nagłówkiem: DHN – Idee – 1995. Przekartkowała pod kciukiem jej zawartość, bez większego zainteresowania czy uwagi, aż pojawił się artykuł wydarty z nieznanego jej czasopisma: U.S. News and World Report, 21 marca 1994, pod tytułem Inni Schindlerowie. Niektóre ustępy zakreślono czerwonym markerem:
 

POLSKA: IRENA SENDLER, PRACOWNIK SPOŁECZNY

Zapewniła nową tożsamość dla 2500 dzieci i zabezpieczyła ich prawdziwe nazwiska, zakopując je.

Kiedy Hitler w 1940 roku stworzył Warszawskie Getto i spędził za jego mury 500 000 polskich Żydow, aby tam czekali na uśmiercenie, większość polskich gojow odwrociła się od tego plecami, albo nawet przyklaskiwała temu. Lecz nie Irena Sendler. Jako pracownik społeczny w Warszawie, wydębiła zezwolenie na wstęp do przeludnionego Getta i wypatrywanie tam objawow tyfusu, ponieważ hitlerowcy obawiali się, że mogłby się on rozszerzyć poza obręb Getta.

Zaszokowana tym, co zobaczyła, Sendlerowa przystąpiła do „Żegoty”, drobnej komorki w ruchu podziemnym, zajmującej się pomocą dla Żydow, i wybrała sobie pseudonim „Jolanta”. Już rozpoczęły się deportacje, i ponieważ ratowanie dorosłych było niemożliwe, Sendler zaczęła wywozić w karetce pogotowia dzieci. „Czy może Pani zagwarantować, że przeżyją?” Takie pytania padały z ust ich zrozpaczonych rodzicow. Ale zagwarantować mogła tylko tyle, że gdyby zostały, to umrą.

Teraz powiada: „W snach do dzisiaj słyszę krzyki tych dzieci, kiedy porzucały rodzicow.”

Sendler przemyciła skutecznie z Getta w bezpieczne miejsca około 2500 żydowskich dzieci, załatwiając im tymczasowo nową tożsamość. Ażeby zapamiętać, kto jest kim, zapisywała ich prawdziwe nazwiska na kartkach papieru, zakopując je następnie w butelkach w swoim ogrodzie. Znalezienie chrześcijan, ktorzy by ukryli te dzieci, okazało się niełatwe: „Niewielu było Polakow chcących pomagać Żydom, nawet i dzieciom.” Mimo to Sendler zorganizowała siatkę rodzin i zakonow, gotowych je przechować. „Pisałam, że mam odzież dla zakonu; a zakonnica przychodziła i zabierała dzieci.”


Liz kilkakrotnie przeczytała sobie ten krótki tekst, po czym zaniosła go do biurka na przodzie klasy. „Panie C... Czy ta kobieta jest, że tak powiem, sławna?”

On to przeczytał i wzruszył ramionami. „Nie, Liz, nie jest sławna. Ja nigdy o niej nie słyszałem. To może być błąd maszynowy – no wiesz – nie 2500 dzieci – tylko 250. Mogłabyś to sprawdzić.”

„Więc ona jest... no... kimś nieznanym? – Liz wydęła usta. – To jakieś... niedokładne.”

„Właśnie w tym rzecz, Liz – odparł. – Nie opiewani bohaterowie. Każdy może zmienić świat, nawet i ty. Może przespałabyś się z tym. Jutro mi powiesz.”

Nie tylko „przespała się z tym”. Nosiła ze sobą przez cały dzień opowieść o Irenie Sendler. Natrętne wyobrażenia Ireny Sendler, pseudonim Jolanta, proszącej matkę o jej dziecko, dręczyły ją w długiej drodze autokarem do domu, przeszkadzały w nutach ćwiczącej na saksofonie, wpychały się w miejsce dowodów z geometrii. Jak ona przekonywała matkę, żeby oddała dziecko? I co czuła, kiedy matka i dziecko w ostatniej chwili płakały wciąż i płakały? Liz wyobrażała sobie, jak Irena Sendler niesie takie dzieciątko pod płaszczem do czekającej karetki, żeby je tam łagodnie ukryć wśród bandażów. A gdyby tak dziecko zapłakało? Czy hitlerowcy nie przeszukiwali wjeżdżających i wyjeżdżających samochodów? A gdyby ją złapano? W wyobraźni ciągle miała wściekłego wartownika hitlerowskiego przy bramie do Getta. Liz zastanawiała się, czy jej matka płakała uciekając; czy w ogóle myślała o pięcioletniej Liz czekającej u siatkowych drzwi na jej powrót? Te pierwsze dziewięć miesięcy Liz spędziła płacząc i złoszcząc się, lecz jej zasoby żalu nieubłaganie przeobrażały się w urazę. Jej matka nie płakała po Liz; więc ona też nie będzie płakać po matce; ani użalać się nad sobą.

Przy wieczornym obiedzie siedziała tak cicho, aż dziadzio zapytał: „Nic ci nie jest?” Wreszcie usnęła długo po północy.

Nazajutrz Liz czekała po zajęciach, aż pozostał tylko pan C. „Chyba sprawdzę tę panią Irenę Sendler – odezwała się. – Ale nie wiem, od czego zacząć.”

„Dobrze, Liz. To nie będzie łatwe. Może lepiej, żebyś się dogadała jeszcze z kilkoma osobami na takie jakby przedstawienie... coś w rodzaju Listy Schindlera.”
„Kogo?”
Wskazał jej nazwisko Schindlera w tytule artykułu. „Lista Schindlera. To prawdziwa historia człowieka, który podczas drugiej wojny światowej uratował ponad tysiąc Żydów od śmierci. Dlatego myślę, że to może być błąd... drukarski.

Wszyscy znają Schindlera. Nikt nie zna...” Wziął jej z ręki tę kartkę.
„Ireny Sendler”, rzekła Liz.

 

Copyright © for the Polish edition by A.M.F. Plus Group Sp. z o.o. 2013
Copyright © for the Polish translation by Robert Stiller 2013

     (   |   2   |  3  | ... następna strona>>)